Wskaźniki makroekonomiczne Polski są optymistyczne, jednak pod wieloma względami nasz rynek jest dużo mniej atrakcyjny niż większości państw Unii Europejskiej. Od lat pojawia się zarzut, iż potencjał Polski opiera się na taniej pracy, brakuje zaś innowacji oraz współpracy nauki z biznesem. Słabości te potwierdza relatywnie nikłe zainteresowanie naszymi spółkami ze strony zachodnich inwestorów oraz niezadowalający stan rynku przejęć i fuzji. Tymczasem to fuzje i przejęcia są jednym z elementów stanowiących o sile danej gospodarki. O przyczynach tego stanu rzeczy rozmawiamy z mec. Jarosławem Iwanickim, partnerem w kancelarii Allen & Overy.

Czy Polska jest atrakcyjnym rynkiem z perspektywy zagranicznych inwestorów? Pozyskanie ważnego partnera biznesowego jest może szczególnie istotne dla małych firm, zwłaszcza start upów, ale bywa przecież często jedynym rozwiązaniem dla tych organizacji, które znalazły się na dużo wyższym etapie rozwoju.

Gdy przyjrzymy się globalnym danym dotyczącym przejęć i fuzji, a następnie zestawimy je z Polską, okaże się, że na naszym rynku dzieje się mniej, niż można by się spodziewać. W 2015 roku dominującą liczebnie rolę odegrały Stany Zjednoczone, gdzie zawarto najwięcej transakcji fuzji i przejęć o wartości ponad 5 mld dol. Na USA przypadło 81 — czyli 62% — ze 131 transakcji tego rodzaju w skali światowej. Przy czym rok zamknął się dwiema nadzwyczaj przełomowymi transakcjami, planowanym połączeniem Pfizer i Allergan, o wartości 160 mld dol. oraz planowanym połączeniem DuPont i Dow Chemical, o wartości 130 mld dol. W Polsce ostatnich lat, choćby ze względu na wielkość rynku, nie widać tak dużego ożywienia, jak w całej Unii Europejskiej. Rynki w większości zdołały się odbudować po kryzysie z końca poprzedniej dekady. W samym tylko 2014 roku odnotowano 94 globalne transakcje o wartości ponad 5 mld funtów brytyjskich każda. Dane naszej kancelarii wskazują, że oznacza to wzrost rok do roku o 81%.

Czy jednak powinniśmy się równać z Amerykanami i Brytyjczykami?

Rzecz w tym, że nawet porównując wyniki polskiego rynku z sąsiadami z regionu, nie wygląda to dobrze. W pierwszym kwartale 2014 r. dokonano w Polsce 112 transakcji łącznej o wartości 2,5 mld dol., a w Czechach w tym samym okresie — 111 transakcji, których wartość sięgnęła 4,3 mld dol. A trzeba pamiętać, że czeski rynek jest nieporównywanie mniejszy, więc i jego potencjał powinien być znacznie niższy.

Co jest przyczyną tego stanu rzeczy? Bo dane te mogą sugerować, że zainteresowanie polskimi firmami jest niewielkie.

Przyczyn, jak sądzę, jest kilka. Najmniejszy problem stanowią regulacje prawne, głównie za sprawą naszej przynależności do Unii Europejskiej. Większość przepisów obowiązujących u nas jest spójna ze standardami zachodnimi. Można narzekać na przewlekłość procedur albo potrzebę uporządkowania niektórych przepisów, ale problem leży gdzie indziej.

Po stronie polskich przedsiębiorstw?

Kiedy rozmawiam z zachodnioeuropejskimi i amerykańskimi inwestorami na temat inwestowania w Polsce, przeważnie słyszę, że na naszym rynku brakuje atrakcyjnych z ich punktu widzenia spółek. Nawet jeśli w danej branży odnajdziemy dobrze rokujące przedsiębiorstwo, to w innych państwach UE trafią się spółki o większym potencjale, działające w tym samym sektorze rynku i oferujące produkty o tej samej lub wyższej jakości itd. Proszę zauważyć, że nie ma w zasadzie spółek o polskim rodowodzie, które odniosłyby znaczący globalnie sukces. Zwłaszcza w branży kreatywnej, z obszaru tak zwanej nowej gospodarki, która oparta jest na wiedzy, nie zaś np. na niskich kosztach wytwarzania.

Pod tym względem rzeczywiście jesteśmy w tyle Europy.

Także w porównaniu z regionem Europy Środkowej. Nie ma w Polsce firm na miarę czeskiej AVG, słowackiej ESET czy węgierskiej NNG. Być może zatem polski rynek wciąż nie jest dostatecznie innowacyjny, a źródeł tego problemu należy szukać w braku pewnych fundamentów czy to natury gospodarczej, edukacyjnej, czy też społecznej. Słabość polskich spółek sektora nowej gospodarki przekłada się na nieproporcjonalnie niskie w stosunku do wielkości rynku zainteresowanie ze strony inwestorów.

Wielkość naszego rynku jest więc atutem czy przeszkodą?

W przypadku innowacyjnych firm z Czech, Słowacji czy Węgier, proces przejęć i fuzji jest na pewnym etapie konieczny, aby zapewnić tym spółkom dalszy rozwój. Są to rynki kapitałowo oraz pod względem popytu niewielkie — liczba potencjalnych klientów na rynku wewnętrznym jest mocno ograniczona. Zatem rozwój spółkom z tych krajów może zapewnić wyłącznie ekspansja zagraniczna, tę zaś najprościej uzyskać przez partnerstwo strategiczne.
Sytuacja polskich przedsiębiorstw bywa zgoła inna. Dotyczy to na przykład firm rodzinnych, których znaczna część — z różnych przyczyn — swój rozwój ogranicza do krajowego rynku, pozostając wciąż w rękach założyciela. Są pod tym względem mocno konserwatywne. Ta strategia pozwala firmom rodzinnym zagwarantować satysfakcjonujący poziom zamożności właścicieli oraz rozwój oparty na wewnętrznym popycie. Innymi słowy — duży rynek krajowy jest zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem rodzimych przedsiębiorców. Pozwala im na wzrost np. wolumenu sprzedaży i rozwój, z drugiej strony — izoluje ich od bodźców zewnętrznych, szans na współpracę albo fuzję z zagranicznym partnerem. Wiele polskich firm zdobyło na krajowym rynku pozycję lidera w swoim sektorze i zadowala się pozycją lidera na rynku krajowym. Nie wykazuje równocześnie inicjatywy ani jakichkolwiek zainteresowań inwestorem i dalszą ekspansją.

Często powtarza się, że problemem polskiego rynku jest powszechny brak wzajemnego zaufania. Jesteśmy na przeciwległym biegunie do Szwedów czy Duńczyków. To hamuje skłonność przedsiębiorców i liderów do kooperacji, mimo iż współpraca bywa dziś wskazywana jako równie ważny czynnik rozwoju, jak rywalizacja.

Badania wśród poszczególnych narodów w Europie rzeczywiście sytuują nas w tyle pod względem zaufania do siebie. Dotyczy to zresztą tak relacji prywatnych, jak i w przestrzeni publicznej. Również w biznesie. Wielu twórców firm rodzinnych jest przekonanych, że inwestor może prędzej zniszczyć ich dorobek, niż zapewnić rozwój. Ich opór pojawia się nieraz już na poziomie oddania zarządzania w ręce zewnętrznego menedżera, przy czym nierzadko kwestionuje się kompetencje doświadczonych ekspertów bądź firm doradczych, a raczej — sam fakt, że przychodzą do firmy z zewnątrz.

— rozmawiał Krzysztof Ratnicyn

Jarosław Iwanicki jest adwokatem, partnerem w warszawskim biurze kancelarii Allen & Overy. Specjalizuje się w transakcjach fuzji i przejęć.

partnerem-merytorycznym2

zobacz komentarze